mam 32lata i został rozpoznany u mnie guz jądra który później okazał się nasieniakiem, jądro lewe zostało usunięte i po tygodniu markery i cała morfologia w normie.
Więc według onkologów leczenie zakończone sukcesem, pacjent wyleczony w 100%.
Moja żona jest lekarzem więc wszędzie gdzie było można zasięgnąć języka w tym temacie pytaliśmy co dalej robić
i
różni profesorowie doktorzy itd... powiedzieli mi tak : weźmiesz karboplatynę x1 szanse na wznowienie 2% bez 15-20% (radioterapia - żaden lekarz mi tego nawet nie proponował bo uważali że to już jest ostateczność i człowiek już po radio jest bezpłodny na całe życie, ja i tak dla pewności zdeponowałem nasienie w banku choć po karbo niby po roku można już działać
jestem trzeci dzień po chemii i jest wszystko oki, leżałem na oddziale onkologii jednodniowej, najbardziej w tej całej chemii nieprzyjemne było otrzymanie dożylnie leków na wymioty i jakiegoś sterydu (zamuliło mnie na godzinę)
Piszę o tym ponieważ widzę, że dużo ludzi się zastanawia czy brać chemię czy obserwować, moim zdaniem nie warto czekać na wznowienie ponieważ wtedy człowiek otrzyma dużo większą truciznę w kilku dawkach i ten cały stres wznowieniem choroby.
To jest moja osobista opinia ale jestem po chemii i czuje się dużo spokojniejszy że nie będę już odwiedzał oddziału onkologicznego w celu ponownego leczenia.
Pozdrawiam