witam wszystkich

To Ja jestem tym bratem, o którego siostra sumiennie sie troszczy

Pomyślałem, że chyba powinienem coś od siebie napisać bo sam też kożystałem z informacji umieszczonych na tym forum. Robie to sporadycznie ale wystarczająco żeby docenić jak ważne to miejsce dla takich ludzi jak ja ...i tych wszystkich którzy są w koło nas jajcarzy

Uczciwie powiem, że stroną ściśle medyczą mojej choroby zajmuje sie moja siostra, ja staram sie nie zagłębiać w te wszystkie niuanse i czasem mało zrozumiałe dla mnie zagadnienia. Ale w tym poscie chciał bym napisać jak to wszystko wygląda z punktu widzenia osoby chorej jako zwykłego człowieka, który z dnia na dzień wpada w wir szpitalnej gonitwy oraz samotnych wieczórów z głową pełną myśli. Całe życie byłem zdrowy, uprawiałem sporty, pracowałem, mam swoją jednoosobową firmę, jestem również pilotem szybowcowym - latanie to moja pasja, a stan mojego zdrowia nigdy nie budził zastrzeżeń.
Ale może zacznę od początku

- pierwsze symptomy, że coś jest nie tak zauważyłem dość dawno (teraz dopiero sobie to uświadamiam - może juz rok temu nawet), były to delikatne bóle jądra i jakiś naczyń wokół niego, które czasem sie powiększały. Nic pozatym, żanych gózów czy jakiś zmian...myślałem ze moze to mieć związek z tzw. bara bara

W czerwcu, pewnego ranka dostałęm mocnego bólu jądra, który promieniował na całą lewą nogę. Ból był na tyle mocny ze przez pół dnia leżałem w łózku i zarzywałem srodki przeciw bólowe. Po południu wszystko wróciło do normy i po paru dniach o wszystkim zapomniałem - bo przeciez Mi nic nie moze być prawda! Po pewnym czasie zauważyłem, że lewe jądro jest zdecydowanie twardsze i troche większe, pomyślałem ze musi to być efekt tamtej mocnej reakcji i po pewnym czasie samo zniknie. Taki stan utrzymywał się już praktycznie cały czas, był okres kiedy nie czułem praktycznie nic i zapominałęm, że coś moze być nie tak. Bywały tez takie chwile ze jądro poprostu pobolewało...dało sie z tym żyć. NIestety był to dla mnie okres wzmożonej pracy i dużej odpowiedzialności za spore przedsięwzięcie, które organizowałem. Nie miałem czasu dla siebie...moje zdrowie zeszło na dalszy tor. Po wakacjach, nadszedł czas kiedy moja uwaga skupiła sie na mojej narzeczonej, która wróciła z wakacyjnej pracy Niemczech. Znowu było sto powodów, żeby odłożyć wizytę u specjalisty, choć juz byłem mocno przekonany, że musze to zrobić bo mój stan nie jest normalny...bóle wręcz zaczeły sie nasilać. O moim stanie nikomu nie mówiłem. Tak mijały kolejne tygodnie, pozornie nic sie nie działo. Aż nastał ten dzień, kiedy dowiedziałęm się że musze sam sobie radzić w życiu...i narzeczona odeszła. Kilka dni poźniej, możliwe że na skutek również stresu związanego z ostatnimi wydarzeniami ból bardzo sie nasilił, postanowiłem pojsc do urologa. Urolog juz po pierwszym badaniu palpacyjnym stwierdził, że to moze być nowotwór. Szybko wykonał mi USG moszny, które na 90 % potwierdziło jego przypuszczenia. Kropką nad I były badania markerów wykonane natychmiast, które potwierdziły, że to nowotwór. Nie ukrywam, że świat wtedy zawalił mi sie kompletnie...
I tutaj zaczyna sie chyba ta częśc mojej historii, która ma największą wartość. Po powrocie od lekarza, z "wyrokiem" i milonami plączących sie mysli pierwsze co zrobiłem to wykonałem telefon do siostry i poprosiłem o spotkanie u mojej mamy. Ponieważ zostałem sam, czułem że najrozsądniej będzie porozmawiać z najbliższymi...usiedliśmy do rozmowy, opowiedziałem im wszystko...i uczciwie poprostu poprosiłem o pomoc. Czułem, że mnie samego może to przerosnąć. I nie załuje tej decyzji! Moja siostra od razu uruchomiła swoje umiejętności organizacyjne i zaczeła organizowac mi leczenie, zajeła sie własciwie wszystkim. Nie ukrywam, że stan w jakim byłem (psychicznie) nie był najlepszy, byłem na skraju załamania. Przez wiekszość czasu nie bardzo wiedziałem o co w tym wszystkim chodzi i co dalej bedzie...starałem sie zajmowac praca i nie myśleć. Moja siostra i mama "ogarniały" całą medyczną stronę i organizacje badań, wyjazdów do Krakowa...ja miałem tylko nie mysleć za dużo i robić wszystko co należy w sprawie leczenia. Uczciwie powiem, że bez nich dzisiaj byłbym w innym miejscu...sam nie wiem gdzie. Chce podkreślić, jak ważne jest wsparcie bliskich, czy to rodziny czy przyjaciół. Wiedząc, że można na kogoś liczyć połowa problemów spada z głowy! Pamiętajcie o tym !!! Jesli i Ciebie to spotkało nie rób z tego tajemnicy, poproś o pomoc najbliższych...to wazne

Ponieważ, nie jestem osobą, która obciąza swoimi problemami innych przez długi czas nie wspominałem o nim najbliższym znajomymł. Niestety faktu pójscia do szpitala ciezko zachowac w tajemnicy więc postanowiłem o tym powiedziec i wiem, że to tez była dobra decyzja...mam ich pełne wparcie, a w szpitalu miałem każdego dnia odwiedziny kogoś bliskiego

niby tylko odwiedziny, ale jedak jest to budujące i bardzo porawia samopoczucie

Dzisiaj jestem już po zabiegu i z czystym sumieniem moge powiedzieć, że to nic strasznego. Ważne jest pozytywne myślenie i zdrowe podejście. Jesli czyta to ktoś, kto jest dopiero przed, to nie ma sie czego bać !!! Mimo, że nigdy wczesniej nie byłem w szpitalu to zawsze miałem o tym miejscu złe zdanie. Teraz to sie zmienia. Co prawda nie jest to sanatorium ale i tam są ludzie życzliwi, uśmiechnięci ( pozdrowienia dla pielęgniarek

) i te kilka dni w łóżku staje sie właściwie epizodem. Wiem, że zabieg to dopiero początek walki...ale jednak jest on dość ważny i stresujący. Przed zabiegiem obawiałem się o to jak bedę się czuł kiedy moja armatka zostanie pozbawiona drugiej kulki

...to oczywiście subiektywne odczucie, bo każdy facet ma swoiscie bardzo osobiste podejście do klejnotów rodowych. Po dwóch tygodniach nie odczówam wiekszej różnicy, może moje slipy są tylko ciut mniej wypełnione

i to że został mi tylko jeden magazynek nie ma własciwie żadnego znaczenia ! Oczywiście są też implanty, ale ja tego nie potrzebuje. Wole mieć jedno swoje niż dwa w połowie udawane

Jak siostra wspomniała teraz czekają decyzje co dalej, moje szczęście w nieszczesciu, że nowotwór nie zalazł mi za skóre jakoś bardziej...co prawda nie mam jeszcze badan his-pat ale jestem dobrej myśli, no i jeszcze to cholerne WZW... myslenie i pozytywne podejście to połowa sukcesu !!! a wszystko to dzięki wsparciu mojej siostry, mamy, taty i najbliższych przyjaciół za co im serdzecznie dziękuję !!!

ps. jesli ktoś ma jakies pytania odnośnie samego szpitala i tak ogólnie to niech śmiało pisze
