Kraków, guz z długą historią
Dzień dobry,
kilka dni temu wycięli mi tego s... wraz z lewym jądrem. Dla porządku opowiem, co się stało, bo historia jest dość długa i sięga czasu przed moimi narodzinami. Moi rodzice przeszli terapię hormonalną, żeby mieć dziecko. Mama długi czas przyjmowała hormony, a tato tylko dwukrotnie. Bez tego nie zawracałbym głowy.
W sierpniu 1983 roku pojawiłem się między ludźmi, ale miałem od razu przerąbane. Od małego lewe jądro wykazywało wszystkie cechy wnętrostwa. Dopiero po kilku latach wykonano zabieg i sprowadzono jądro z kanału do moszny. Oczywiście wcześniej jąderko wielokrotnie wędrowało, ale moi rodzice stawali na głowie, żeby zrobić cokolwiek z tą dolegliwością.
Pierwszy kontakt z urologiem miałem w wieku szesnastu lat. Wyniki moczu były dziwne, to mnie tato wziął na badanie. Per rectum nadal mi się śni po nocach. Nienawidzę tego badania i mam odruch jeża, gdy tylko muszę się mu poddać. Wspomniane badanie nic nie wykryło. Rozwijałem się poprawnie.
Okres studiów również niewiele wniósł do sprawy lewego jądra. Kłopot pojawił się dopiero w 2008 roku, kiedy po raz drugi zawitałem do urologa. Lekarz obejrzał moje jądra, zdziwił się, że są w tak dobrym stanie. Narzekałem wówczas na ból w lewym jądrze i ogólny dyskomfort. Badanie... (nie muszę pisać które) nic nie wykazało. Usłyszałem, że to mogą być żylaki. Antybiotyk i do domu.
W roku 2010 i 2011 ponownie wizyty u urologa, który mnie badał, ale tym razem wykrył zapalenie prostaty, z którym walczyłem kilka miesięcy. Pojawiłem się u lekarza kilkukrotnie. Dostałem czopki i poradę, żeby o siebie dbać. Z prostatą miał problemy mój tato i mój dziadek. Było dla mnie oczywiste, że to kwestia genów i podatności na tę dolegliwość.
Kolejne przygody to dopiero rok 2014. W roku 2013 jądro raz lub dwa się odezwało, ale to była raczej kwestia złego ułożenia moszny w spodniach, a nie ból wynikający z jakiejś dolegliwości. Zawitałem do prywatnego gabinetu urologicznego, wydałem 500 zł za dwie wizyty i badanie usg. Lekarz orzekł, że mam zwapnienia i żylaki. Przepisał czopki i kazał dbać o siebie. [Być może moje długie włosy wszystkim lekarzom kojarzyły się z hippisami?].
Jądro przypomniało o sobie na przełomie 2014 i 2015 roku. Byłem mocno zirytowany bólem i postanowiłem, że pójdę na SOR. Zostałem błyskawicznie przyjęty, co mnie pozytywnie zaskoczyło, a lekarz stwierdził, że „jądro mi się zapaliło”. Badanie odbyło się w gabinecie w towarzystwie pięciu ładnych pań lekarek. W sumie nie mam nic do ukrycia, ale pewnie kobiety nikt by tak nie badał. Dostałem antybiotyk i do domu. Lekarz zasugerował, żebym skontaktował się z urologiem. Odpowiedziałem, że w Krakowie nie ma praktycznie terminów. „To proszę iść na wizytę prywatną” – usłyszałem. Płacę kilkaset złotych za ubezpieczenie zdrowotne, ale leczyć się mam prywatnie? Wyszukałem lekarza w Bielsku, rodzinnym mieście.
Obserwowałem jądro przez dłuższy czas i nic mnie nie zaniepokoiło. W pod koniec lipca spotkałem się z panią doktor w Bielsku. Wykonała usg i skierowała mnie na badanie markerów. USG nic nie wykazało. Markery w normie, a właściwie to blisko zerowego progu. Niestety, ale laborant popełnił błąd i nie wykonał badania LDH, a zamiast oznaczył mi poziom cholesterolu. Pozostałe dwa markery były tak jak opisałem powyżej. Kolejna wizyta w sierpniu tuż przed wyjazdem na wczasy. Pani doktor dała mi jeszcze skierowanie na usg i zalecenie, żeby się obserwować. Zapytałem, czy mam się czegoś obawiać. „Nie, w jądrach są żylaki i zwapnienia” – poinstruowała.
Jeszcze w maju 2015 wykonałem rezonans magnetyczny całego ciała. Chciałem mieć pewność, że ze mną wszystko ok. Badanie wykazało jakieś zmiany, ale żadnych w obrębie moszny!
Od razu muszę dodać, że wspomniane wakacje były w siodle, czyli wyprawa na motocyklu po Europie. Specjalnie też chciałem wykonać wszystkie potrzebne badania, żeby mieć pewność, że mogę jechać. Zdawałem sobie sprawę, że trzeba dbać o jądro, bo jestem w grupie ludzi, którzy doświadczyli wnętrostwa. Podczas pierwszej od 2007 roku wyprawy czułem się wyśmienicie. Nic mnie nie bolało.
Po powrocie do Krakowie w połowie września byłem w dobrej formie. Zmęczony wakacjami, ale kompletnie zrelaksowany. Na przełomie września i października zauważyłem, że coś może się podziało z prawym jądrem, które chyba zaczęło się kurczyć. Kilkudniowa obserwacja potwierdziła, że rzeczywiście prawe jądro jest mniejsze, ale dopiero po tygodniu zacząłem się zastanawiać, czy aby lewe nie robi się większe. Samodzielne badanie nie wykazało nic szczególnego. Jądro było jednorodne. Po tygodniu zaczął się ból, który nie był dokuczliwy (po tylu latach to już prawie norma), ale irytujący. Pomyślałem, że to trochę dziwne, bo od wyprawy minął dobry miesiąc, czyli nie ma jakiejś wyraźnej zmiany w moim życiu. Kolejne dni były spokojne. Jądra nie dawały żadnych oznak.
Pod koniec października Kraków odwiedził smog. Poczułem się słabo i wziąłem zwolnienie na cały tydzień, bo mi się w głowie kręciło i czułem się wyjątkowo zmęczony. Tuż po tym jak wróciłem do pracy uznałem, że warto zrobić usg, bo ból się nasilał. Oczywiście nie było żadnych wolnych terminów. W końcu uznałem, że idę na SOR. Przyjęli mnie błyskawicznie i od strzału dostałem skierowanie do Kliniki Urologii CMUJ. Lekarz dyżurujący Dr Jacek Kusionowicz zrobił błyskawiczne usg i orzekł: „widzę tutaj guza”. Powiedziałem, że byłem na wizycie kontrolnej u urologa końcem sierpnia. Nie dał wiary. Kazał się zgłosić do Kliniki w trybie ekspresowym. Nogi się pode mną ugięły, bo blisko siedem lat słyszałem, żebym o siebie dbał, a tutaj...
W nocy wróciłem taksówką do domu. Zebrałem wszystkie papiery i rano o ósmej byłem w przychodni przyklinicznej. Ból był już wyraźny. Całe szczęście, że panie w rejestracji szybko mnie wywołały. Dr Wojciech Habrat wykonał błyskawiczne usg i powiedział: „guz do wycięcia”. Nie byłem kompletnie przygotowany do zasiedlenia oddziału. Miałem już w przeszłości przygodę z NFZ-tem w Katowicach i wydawało mi się, że raczej mnie nie przyjmą, bo limity, kontrakty itp. Nic z tego (całe szczęście). Pani pielęgniarka ze statystyki od razu nakazała mi się przygotować do przyjęcia na oddział. Musiałem w trypie pilnym kupić piżamę i ręcznik, co przy bolącym jądrze raczej nie jest łatwym zadaniem. Poradziłem sobie i po kilkunastu minutach wróciłem do Kliniki. Po godzinie 13 byłem już pacjentem. Leżałem na przedwojennym łóżku i próbowałem zasnąć.
Przeżyłem szok, gdy zobaczyłem warunki sanitarne na oddziale. Kible, a nie toalety. Łóżka, które nie pozwalają zasnąć, bo człowiek się nie potrafi ułożyć. Dziury w ścianach. „Polska w ruinie”. Obiecałem sobie, że jak będę na siłach to nakopię do życi Kuligowi, byłemu dyrektorowi Szpitala Uniwersyteckiego. Personel świetny. Złego słowa nie mogę powiedzieć, bo ci ludzie robią cuda w warunkach, które można porównać do lazaretu.
Lekarze orzekli, że mnie potną już we wtorek, ale nic z tego nie wyszło. W kolejnym dniu -11 listopada - ordynator zlecił usg. Grzecznie zszedłem na parter. Usiadłem obok gabinetu i „odleciałem”. Pierwszy raz w swoim życiu byłem bliski omdlenia. W polu widzenia zobaczyłem czarne plamki, których było coraz więcej, aż w końcu nic nie widziałem. Dwie pielęgniarki i lekarz jakoś mnie wtaszczyli do gabinetu. USG wykazało guza. Ordynator zrobił jeszcze najazd na nerki i aortę. Stwierdził, że coś tam widzi, ale nie ma pewności, czy to guzy. Pomyślałem, że to przerzuty, ale do dzisiaj nie mam żadnej pewności. Z uwagi na moje zasłabnięcie nie wykonano zabiegu.
12 listopada było trzecie podejście. Udane. Pozbyłem się tego s... wraz z lewym jądrem. Lekarz wykonujący zabieg orzekł, że guz był średniej wielkości i nie było żadnych innych oznak obecności tego... Pierwsze godziny po zabiegu wspominam najgorzej. Koszmarny ból. Dostałem peralginę, opiat i jeszcze jeden specyfik. Ból złagodniał, ale nocy właściwie nie przespałem.
13 listopada wypisano mnie z kliniki. Gdy tylko usłyszałem, że mam wyjść stwierdziłem, że nie widzę przeszkód, ale biorę ze sobą łóżko. Po godzinie 13 wróciłem do domu. Jakoś się udało, choć ból był konkretny. Nie mam zastrzeżeń do lekarzy, bo oni wypełniają procedurę, a tę stworzyli urzędnicy w NFZ-cie. W każdym kolejnym dniu czuję się lepiej. W końcu też zdecydowałem się napisać na forum, które wyszukałem kilka godzin po diagnozie.
W najbliższy piątek oznaczę markery. Zażądam od swojego lekarza rodzinnego skierowania na pełne badanie moczu i krwi, które powtórzę w kolejnym tygodniu tuż przed wizytą kontrolną (4 grudnia). Planuję również zrobić prywatnie rezonans miednicy, brzucha i klatki piersiowej. RTG wykonane w Klinice nie wykazało żadnych zmian. Markery oznaczone w klinice są w blisko dolnej granicy normy, a tylko LDH jest 10% poniżej górnego progu normy. Czy waszym zdaniem wykonanie rezonansu jest sensowne? Nie chodzi o koszty, a o pomoc dla lekarza onkologa. Czy mogę coś jeszcze zrobić, aby ułatwić i usprawnić przebieg leczenia? Stosuję dietę lekkostrawną.
Na koniec zaznaczę, że nie palę tytoniu, ani nie piję na umór. Ograniczam się do piwa i wina, ale głowę mam słabą, co oznacza, że dwa piwa lub trzy kieliszki wina skutecznie wyłączają mnie z konwersacji. Uprawiam jogę od 2011 roku i od tego samego czasu jeżdżę na rowerze. Rower miejski z wygodnym siedziskiem. Nie potrafię określić, czy to miało jakieś przełożenie na zachorowanie, ale jądra nie były narażone na wstrząsy, bo trasy w Krakowie są płaskie, a sam dbam o pozycję za kierownicą. Specjalnie kupiłem sobie w ubiegłym roku rower z pełną amortyzacją, co wykluczało nagłe uskoki i inne nieprzyjemności.
Pozdrawiam
L.
kilka dni temu wycięli mi tego s... wraz z lewym jądrem. Dla porządku opowiem, co się stało, bo historia jest dość długa i sięga czasu przed moimi narodzinami. Moi rodzice przeszli terapię hormonalną, żeby mieć dziecko. Mama długi czas przyjmowała hormony, a tato tylko dwukrotnie. Bez tego nie zawracałbym głowy.
W sierpniu 1983 roku pojawiłem się między ludźmi, ale miałem od razu przerąbane. Od małego lewe jądro wykazywało wszystkie cechy wnętrostwa. Dopiero po kilku latach wykonano zabieg i sprowadzono jądro z kanału do moszny. Oczywiście wcześniej jąderko wielokrotnie wędrowało, ale moi rodzice stawali na głowie, żeby zrobić cokolwiek z tą dolegliwością.
Pierwszy kontakt z urologiem miałem w wieku szesnastu lat. Wyniki moczu były dziwne, to mnie tato wziął na badanie. Per rectum nadal mi się śni po nocach. Nienawidzę tego badania i mam odruch jeża, gdy tylko muszę się mu poddać. Wspomniane badanie nic nie wykryło. Rozwijałem się poprawnie.
Okres studiów również niewiele wniósł do sprawy lewego jądra. Kłopot pojawił się dopiero w 2008 roku, kiedy po raz drugi zawitałem do urologa. Lekarz obejrzał moje jądra, zdziwił się, że są w tak dobrym stanie. Narzekałem wówczas na ból w lewym jądrze i ogólny dyskomfort. Badanie... (nie muszę pisać które) nic nie wykazało. Usłyszałem, że to mogą być żylaki. Antybiotyk i do domu.
W roku 2010 i 2011 ponownie wizyty u urologa, który mnie badał, ale tym razem wykrył zapalenie prostaty, z którym walczyłem kilka miesięcy. Pojawiłem się u lekarza kilkukrotnie. Dostałem czopki i poradę, żeby o siebie dbać. Z prostatą miał problemy mój tato i mój dziadek. Było dla mnie oczywiste, że to kwestia genów i podatności na tę dolegliwość.
Kolejne przygody to dopiero rok 2014. W roku 2013 jądro raz lub dwa się odezwało, ale to była raczej kwestia złego ułożenia moszny w spodniach, a nie ból wynikający z jakiejś dolegliwości. Zawitałem do prywatnego gabinetu urologicznego, wydałem 500 zł za dwie wizyty i badanie usg. Lekarz orzekł, że mam zwapnienia i żylaki. Przepisał czopki i kazał dbać o siebie. [Być może moje długie włosy wszystkim lekarzom kojarzyły się z hippisami?].
Jądro przypomniało o sobie na przełomie 2014 i 2015 roku. Byłem mocno zirytowany bólem i postanowiłem, że pójdę na SOR. Zostałem błyskawicznie przyjęty, co mnie pozytywnie zaskoczyło, a lekarz stwierdził, że „jądro mi się zapaliło”. Badanie odbyło się w gabinecie w towarzystwie pięciu ładnych pań lekarek. W sumie nie mam nic do ukrycia, ale pewnie kobiety nikt by tak nie badał. Dostałem antybiotyk i do domu. Lekarz zasugerował, żebym skontaktował się z urologiem. Odpowiedziałem, że w Krakowie nie ma praktycznie terminów. „To proszę iść na wizytę prywatną” – usłyszałem. Płacę kilkaset złotych za ubezpieczenie zdrowotne, ale leczyć się mam prywatnie? Wyszukałem lekarza w Bielsku, rodzinnym mieście.
Obserwowałem jądro przez dłuższy czas i nic mnie nie zaniepokoiło. W pod koniec lipca spotkałem się z panią doktor w Bielsku. Wykonała usg i skierowała mnie na badanie markerów. USG nic nie wykazało. Markery w normie, a właściwie to blisko zerowego progu. Niestety, ale laborant popełnił błąd i nie wykonał badania LDH, a zamiast oznaczył mi poziom cholesterolu. Pozostałe dwa markery były tak jak opisałem powyżej. Kolejna wizyta w sierpniu tuż przed wyjazdem na wczasy. Pani doktor dała mi jeszcze skierowanie na usg i zalecenie, żeby się obserwować. Zapytałem, czy mam się czegoś obawiać. „Nie, w jądrach są żylaki i zwapnienia” – poinstruowała.
Jeszcze w maju 2015 wykonałem rezonans magnetyczny całego ciała. Chciałem mieć pewność, że ze mną wszystko ok. Badanie wykazało jakieś zmiany, ale żadnych w obrębie moszny!
Od razu muszę dodać, że wspomniane wakacje były w siodle, czyli wyprawa na motocyklu po Europie. Specjalnie też chciałem wykonać wszystkie potrzebne badania, żeby mieć pewność, że mogę jechać. Zdawałem sobie sprawę, że trzeba dbać o jądro, bo jestem w grupie ludzi, którzy doświadczyli wnętrostwa. Podczas pierwszej od 2007 roku wyprawy czułem się wyśmienicie. Nic mnie nie bolało.
Po powrocie do Krakowie w połowie września byłem w dobrej formie. Zmęczony wakacjami, ale kompletnie zrelaksowany. Na przełomie września i października zauważyłem, że coś może się podziało z prawym jądrem, które chyba zaczęło się kurczyć. Kilkudniowa obserwacja potwierdziła, że rzeczywiście prawe jądro jest mniejsze, ale dopiero po tygodniu zacząłem się zastanawiać, czy aby lewe nie robi się większe. Samodzielne badanie nie wykazało nic szczególnego. Jądro było jednorodne. Po tygodniu zaczął się ból, który nie był dokuczliwy (po tylu latach to już prawie norma), ale irytujący. Pomyślałem, że to trochę dziwne, bo od wyprawy minął dobry miesiąc, czyli nie ma jakiejś wyraźnej zmiany w moim życiu. Kolejne dni były spokojne. Jądra nie dawały żadnych oznak.
Pod koniec października Kraków odwiedził smog. Poczułem się słabo i wziąłem zwolnienie na cały tydzień, bo mi się w głowie kręciło i czułem się wyjątkowo zmęczony. Tuż po tym jak wróciłem do pracy uznałem, że warto zrobić usg, bo ból się nasilał. Oczywiście nie było żadnych wolnych terminów. W końcu uznałem, że idę na SOR. Przyjęli mnie błyskawicznie i od strzału dostałem skierowanie do Kliniki Urologii CMUJ. Lekarz dyżurujący Dr Jacek Kusionowicz zrobił błyskawiczne usg i orzekł: „widzę tutaj guza”. Powiedziałem, że byłem na wizycie kontrolnej u urologa końcem sierpnia. Nie dał wiary. Kazał się zgłosić do Kliniki w trybie ekspresowym. Nogi się pode mną ugięły, bo blisko siedem lat słyszałem, żebym o siebie dbał, a tutaj...
W nocy wróciłem taksówką do domu. Zebrałem wszystkie papiery i rano o ósmej byłem w przychodni przyklinicznej. Ból był już wyraźny. Całe szczęście, że panie w rejestracji szybko mnie wywołały. Dr Wojciech Habrat wykonał błyskawiczne usg i powiedział: „guz do wycięcia”. Nie byłem kompletnie przygotowany do zasiedlenia oddziału. Miałem już w przeszłości przygodę z NFZ-tem w Katowicach i wydawało mi się, że raczej mnie nie przyjmą, bo limity, kontrakty itp. Nic z tego (całe szczęście). Pani pielęgniarka ze statystyki od razu nakazała mi się przygotować do przyjęcia na oddział. Musiałem w trypie pilnym kupić piżamę i ręcznik, co przy bolącym jądrze raczej nie jest łatwym zadaniem. Poradziłem sobie i po kilkunastu minutach wróciłem do Kliniki. Po godzinie 13 byłem już pacjentem. Leżałem na przedwojennym łóżku i próbowałem zasnąć.
Przeżyłem szok, gdy zobaczyłem warunki sanitarne na oddziale. Kible, a nie toalety. Łóżka, które nie pozwalają zasnąć, bo człowiek się nie potrafi ułożyć. Dziury w ścianach. „Polska w ruinie”. Obiecałem sobie, że jak będę na siłach to nakopię do życi Kuligowi, byłemu dyrektorowi Szpitala Uniwersyteckiego. Personel świetny. Złego słowa nie mogę powiedzieć, bo ci ludzie robią cuda w warunkach, które można porównać do lazaretu.
Lekarze orzekli, że mnie potną już we wtorek, ale nic z tego nie wyszło. W kolejnym dniu -11 listopada - ordynator zlecił usg. Grzecznie zszedłem na parter. Usiadłem obok gabinetu i „odleciałem”. Pierwszy raz w swoim życiu byłem bliski omdlenia. W polu widzenia zobaczyłem czarne plamki, których było coraz więcej, aż w końcu nic nie widziałem. Dwie pielęgniarki i lekarz jakoś mnie wtaszczyli do gabinetu. USG wykazało guza. Ordynator zrobił jeszcze najazd na nerki i aortę. Stwierdził, że coś tam widzi, ale nie ma pewności, czy to guzy. Pomyślałem, że to przerzuty, ale do dzisiaj nie mam żadnej pewności. Z uwagi na moje zasłabnięcie nie wykonano zabiegu.
12 listopada było trzecie podejście. Udane. Pozbyłem się tego s... wraz z lewym jądrem. Lekarz wykonujący zabieg orzekł, że guz był średniej wielkości i nie było żadnych innych oznak obecności tego... Pierwsze godziny po zabiegu wspominam najgorzej. Koszmarny ból. Dostałem peralginę, opiat i jeszcze jeden specyfik. Ból złagodniał, ale nocy właściwie nie przespałem.
13 listopada wypisano mnie z kliniki. Gdy tylko usłyszałem, że mam wyjść stwierdziłem, że nie widzę przeszkód, ale biorę ze sobą łóżko. Po godzinie 13 wróciłem do domu. Jakoś się udało, choć ból był konkretny. Nie mam zastrzeżeń do lekarzy, bo oni wypełniają procedurę, a tę stworzyli urzędnicy w NFZ-cie. W każdym kolejnym dniu czuję się lepiej. W końcu też zdecydowałem się napisać na forum, które wyszukałem kilka godzin po diagnozie.
W najbliższy piątek oznaczę markery. Zażądam od swojego lekarza rodzinnego skierowania na pełne badanie moczu i krwi, które powtórzę w kolejnym tygodniu tuż przed wizytą kontrolną (4 grudnia). Planuję również zrobić prywatnie rezonans miednicy, brzucha i klatki piersiowej. RTG wykonane w Klinice nie wykazało żadnych zmian. Markery oznaczone w klinice są w blisko dolnej granicy normy, a tylko LDH jest 10% poniżej górnego progu normy. Czy waszym zdaniem wykonanie rezonansu jest sensowne? Nie chodzi o koszty, a o pomoc dla lekarza onkologa. Czy mogę coś jeszcze zrobić, aby ułatwić i usprawnić przebieg leczenia? Stosuję dietę lekkostrawną.
Na koniec zaznaczę, że nie palę tytoniu, ani nie piję na umór. Ograniczam się do piwa i wina, ale głowę mam słabą, co oznacza, że dwa piwa lub trzy kieliszki wina skutecznie wyłączają mnie z konwersacji. Uprawiam jogę od 2011 roku i od tego samego czasu jeżdżę na rowerze. Rower miejski z wygodnym siedziskiem. Nie potrafię określić, czy to miało jakieś przełożenie na zachorowanie, ale jądra nie były narażone na wstrząsy, bo trasy w Krakowie są płaskie, a sam dbam o pozycję za kierownicą. Specjalnie kupiłem sobie w ubiegłym roku rower z pełną amortyzacją, co wykluczało nagłe uskoki i inne nieprzyjemności.
Pozdrawiam
L.