Witam serdecznie
Jak zapewne można się domyślić, trafiłem na to forum nieprzypadkowo i jeszcze wszystkich wątków z przypadkami nie poczytałem, ale sprawa dotyczy a jakże by inaczej, coraz większej ilości mężczyzn zachorowania na raka jądra. Mimo iż obecnie ten odsetek jest niewielki, to ilość z roku na rok rośnie. Osobiście mnie to nie trafiło, ale chorobę wykryto u mojego brata (33 lata). Zaczęło się w październiku lub listopadzie 2012 roku, podwyższone markery, tomografia, usg wskazują na guza w prawym jądrze. Przypadek do wycięcia i tak też postąpiono w styczniu bądź lutym 2013 roku. Wówczas ograniczono się tylko i wyłącznie do wycięcia jądra, bez decyzji o żadnej chemioterapii, itp. Z tego miejsca już mam zastrzeżenia i lekki żal do lekarzy w bydgoskim szpitalu onkologicznym. Kolejne kontrole w 2013 roku nic nie wykazywały. Na przełomie 2013/2014 brat miał robioną tomografię, która dalej nic nie wykazywała. Na kolejnych kontrolach ograniczano się tylko do markerów i kiedy w lato tego roku zaczął narzekać na bóle podbrzuszne bagatelizowano sprawę mówiąc, iż skoro markery we krwi nic nie wykazują to jest na pewno dobrze, a Pan przesadza no i doczekał się tomografii we wrześniu, która wykazała guzy we węzłach chłonnych. Obecnie przyjęty jest na oddziale chemioterapii w Bydgoszczy i prawdopodobnie od jutra zaczyna chemię BEP. Jutro powinny być wyniki najnowszej tomografii, a istotne jest to, że brat narzeka na lekkie bóle w klatce piersiowej (na płucach), dopada go chrypka, nie ma krwioplucia, ale podejrzewa przerzut właśnie na płuca. Do pewności trzeba zaczekać, w każdym razie chemia murowana od jutra. Nie wiem jak będzie wyglądać sytuacja z węzłami, na moje kwalifikować się będą do wycięcia. Guzy 5-7 cm, czyli duże. Mam nadzieję, że związki chemiczne zadziałają, ponoć chwalone są w leczeniu tego typu nowotworu, ale mimo wszystko, co oczywiste niepokój pozostaje. Dużo naczytałem się w internecie i zastanawiam, czy istnieje możliwość 20-30 letniego życia z taką chorobą, która to rzekomo jest całkowicie wyleczalna, ale chyba nie w takich przerzutowych stadiach. Tutaj już na pewno nie ma 100 procentowych szans. 15 lat temu przeżywałem podobną historię z ojcem (44 lata), rak czerniak, skóry, złośliwy, od objawów, wykrycia do śmierci 6 miesięcy, tak nie mam ochoty na kolejny przypadek w rodzinie. Mówią że nic dwa razy w życiu się nie zdarza, ale w przypadku nowotworów marzenia nie do końca się urealniają. Będę śledził tutejsze tematy i zdawał relacje z leczenia brata. Jestem całym sercem z nim i ze wszystkimi chorymi na jakiekolwiek raczne sku.r.w.iel.stwo. Medycyna zaliczyła progres w leczeniu tych ustrojstw, ale uważam, że to cały czas za mało. Pomyśleć, że komórki nowotworowe nie ruszają organizmów jednokomórkowych... Życie jest pokrętne, kiedy jest źle, dalej należy wierzyć w nadzieję. Chcę wierzyć razem z Wami.
Pozdrawiam