Witaj,
Masz rację, zwykle mam tendencję do bardzo obrazowego przedstawiania sytuacji. Cieszę się, że inni właściwie odebrali moje słowa, charakter mam trudny i chyba jedynym pozytywnym aspektem całej sprawy jest fakt, że zdaję sobie z tego sprawę

Powtórzę moje słowa, dziecko jest jedną wielką chodzącą zarazą. Owszem, potencjalnie niegroźną dla sprawnego, zdrowego, dorosłego człowieka. Wyobraźmy sobie jednak sytuację - nadir (największy spadek) parametrów układu białokrwinkowego u pacjenta leczonego istotnie toksyczną hematologicznie chemioterapią. I skrajnie upośledzona odporność w wyniku takiego działania chemioterapii. Obok - dziecko, które przywleka ze żłobka, przedszkola, szkoły czy podwórka lub innego domu bakterię, której zakażenie przechodzi wyjątkowo łagodnie lub bezobjawowo - układ odpornościowy dziecka zwalcza infekcję, będzie ok! Jaka będzie reakcja pozbawionego odporności człowieka pochodzącego chemioterapię? Proste do przewidzenia - ciężkie zakażenie, szybko przychodzące w zakażenie wielonarządowe, sepsa, konieczność hospitalizacji, intensywna antybiotykoterapia, której powodzenie nie zawsze w takim przypadku jest pewnikiem. I oczywiście wynikające z tego konsekwencje jak ogólne osłabienie, zwiększenie podatności na toksyczność chemioterapii (wątroba, nerki), czy prozaiczne wydłużenie czasu do rozpoczęcia kolejnego kursu skutkujące spadkiem skuteczności owego leczenia.
Dlatego takie nazwanie dziecka (nie z żadnej złośliwości!), które zwykle częściej lub rzadziej nie stosuje się do zasad higieny (mycie rąk, mycie zębów, zakrywanie ust w czasie kichania, kaszlu, nieunikanie towarzystwa innych chorych (dzieci)) powoduje powstania gigantycznego zagrożenia dla bezbronnego organizmu. Z resztą nie chodzi dzieci ale unikanie zatłoczonych miejsc (kościół, centrum handlowe, przychodnia (wizyty bez istotnej przyczyny) odpadają - z tego samego powodu).
Wszystko to ma służyć dobru pacjenta leczonego chemioterapią. I nie bez powodu mówi się, że to nie chorzy zagrażają dzieciom a dzieci chorym, którzy przechodzą chemioterapię. Gdy zwykle to tata zapewnia swojemu ukochanemu, najdoskonalszemu dziecku na świecie największy poziom bezpieczeństwa, chroni przed każdym możliwym zagrożeniem, teraz to dziecko musi chronić swojego tatę, bo to tata narażony jest na niebezpieczeństwo. Niestety dziecko
z założenia nie jest w stanie tego robić - z powodu wczesnego poziomu rozwoju i wynikających z niego - niefrasobliwości, niezrozumienia dla sytuacji, braku doświadczenia, nieodpowiedzialności czy w końcu zwykłego zapominalstwa.
Nie jest to u dziecka celowe - jest konsekwencją tego, że jest dzieckiem. Dlatego absolutnie nie uważam, że dzieci są "be" - wręcz przeciwnie, są 8 cudem świata swoich rodziców i rodziny. Nie zmienia to faktu, że nawet najbardziej rozsądny 6-7-8 latek nie jest w stanie samodzielnie prowadzić samochodu - z powodów jak wyżej. Chociaż przyznaje szczerze, że co drugi 20 latek i co czwarty 40 latek w Polsce też nie powinien mieć prawa prowadzenia samochodu

Pozdrawiam serdecznie!