Witaj,
Oczywiście, bardzo dobrze, że pytasz

Powiem więcej, bardzo cieszę się, że nie boisz się pytać o takie rzeczy!
Radioterapia znalazła zastosowanie w leczeniu nowotworów jądra, szczególnie w leczeniu nasieniaków ponieważ ten rodzaj nowotworu jest szczególnie wrażliwy na promieniowanie to jest za pomocą promieniowania możemy leczyć skutecznie i radykalnie (do wyleczenia) nasieniakowate nowotwory jądra w stadium I i częściowo II ponieważ w tych stadiach nowotwór nie jest jeszcze szczególnie zaawansowany. I tak było do lat 90 ubiegłego wieku. Natomiast nieco później, gdy osiągnięto już bardzo wysokie wskaźniki wyleczalności nowotworów jądra oraz pojawili się chorzy, którzy przeżyli już 30-40 lat od leczenia ich choroby zaczęto obserwować po pierwsze - większą skłonność do zachorowania tych chorych na inne nowotwory w tym mięsaki oraz po drugie niewielki odsetek wznów w innych lokalizacjach niż napromieniane. Szczególnie dziwne było to, że pierwotnie leczeni z powodu nowotworów jądra mężczyźni chorowali na nowotwory nazywane mięsakami dokładnie w miejscu, gdzie byli napromieniani 30 lat wcześniej! Oczywiście dotyczyło to niewielkiego odsetka chorych ale z kolei nigdy nie dotyczyło chorych leczonych chemioterapią. Z tych obserwacji wyciągnięto wniosek, że wszędzie tam, gdzie mamy inne, równie skuteczne metody leczenia, to należy stosować je zamiast wyboru radioterapii (oczywiście w miarę o ile to możliwe). Radioterapia jest leczeniem więc bardzo skutecznym ale także bardzo obciążającym i to jest najważniejszy argument podczas wyboru tej terapii. Z resztą w ostatnich latach obserwujemy nieustanny trend aby minimalizować toksyczność terapii równocześnie nie powodując zmniejszenia jej skuteczności. Tak dzieje się chociażby w I stopniu nasieniaków, gdzie kiedyś radioterapia stanowiła leczenie z wyboru, potem radioterapię postawiono na równi z chemioterapią karboplatyną a ówcześnie rezygnuje się z radioterapii na rzecz chemioterapii karboplatyną, która jest leczeniem równie skutecznym a mniej toksycznym - chory musi być wyleczony ale jak najmniejszym kosztem. Oczywiście radioterapia pozostaje wciąż leczeniem z wyboru na przykład przerzutów do kości, przerzutów do OUN, gdzie z różnych względów chemioterapia zastosowania nie znajduje lub jej zastosowanie jest ograniczone.
Natomiast w przypadku Twojego męża pojawia się problem nieco inny. Po leczeniu pozostała w przestrzeni zaotrzewnowej zmiana przetrwała o wielkości powyżej 30mm. Prowadzone kilkanaście lat temu na całym świecie badania dowiodły, że jeżeli po leczeniu przerzutów nasieniaka do węzłów chłonnych pozostaje zmiana resztkowa mniejsza niż 3cm (30mm) to ryzyko powstania wznowy w tym miejscu jest tak niskie, że każde dodatkowe leczenie chorego byłoby w większości przypadków bezsensowne (po co leczyć zdrowych?). Natomiast dowiedziono również, że odsetek wznów u chorych u których zmiana resztkowa nasieniaka była większa niż 30mm był niepokojąco wysoki, pojawiła się więc sugestia, żeby takich chorych dodatkowo przeleczyć. Wciąż jednak nie było pewności u którego z tych chorych jednak do wznowy dojdzie a liczba potencjalnych "zdrowych" z większą niż 30mm zmianą przetrwałą wciąż była za duża - ryzykowalibyśmy leczeniem zdrowych a to znów byłoby bez sensu. I tutaj pojawia się sugestia - wycinamy zmianę, patolog oceni, czy pozostało żywe utkanie nowotworu czy tylko zmiany martwicze, jednocześnie w przypadku pozostałych zmian żywych leczymy pacjenta i możemy zadecydować o jeszcze innym, dodatkowym leczeniu a jeśli zostały zmiany martwicze to chory może zostać poddany tylko obserwacji - jest praktycznie wyleczony. No i przede wszystkim operacja to wciąż nie radioterapia. Rachu ciachu i po strachu jak to się zwykło mówić

Na szczęście jeszcze w ostatnich latach polscy pacjenci uzyskali dostęp do badania PET-CT, badania, które wykorzystując klasyczną tomografię komputerową oraz zjawisko anihilacji elektronu i pozytonu, czemu towarzyszy emisja kwantów gamma w tkankach o zwiększonym metabolizmie glukozy (a więc przede wszystkim tkankach nowotworowych), można więc z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, czy guz >30mm pozostały po chemioterapii jest żywy czy jest martwicą po leczeniu. W przypadku żywego utkania nowotworu otrzymujemy jasną odpowiedź, że trzeba działać dalej (w pierwszej kolejności RPLND, ewentualnie chemioterapia ratująca lub radioterapia), w przypadku stwierdzenia martwicy (zmiana nieaktywna metabolicznie) jest to bardzo jasna przesłanka, że obserwacja będzie stosowną opcją u takiego pacjenta. I takie wyjście jest najlepsze, bowiem dopiero każdy kolejny krok jest bardziej inwazyjny. Działa to analogicznie na zasadzie, że u pacjenta z gorączką nie robimy od razu trepanobiopsji szpiku licząc, że to może ten jeden na 50 tysięcy, który ma białaczkę a zaczynamy od badania krwi i wywiadu, badań mniej inwazyjnych a które mogą sprawnie "wyselekcjonować" chorych do dalszego działania.
Dlatego uważam, że radioterapia "z góry" jest rozwiązaniem niedobrym ponieważ:
- jest leczeniem obciążającym, poza tym istnieje ryzyko indukcji wtórnych nowotworów
- wciąż nie jest leczeniem działającym ogólnie - dociera tylko do zaplanowanych miejsc a nie można napromieniać całego ciała bo taki zabieg zarezerwowany jest tylko dla przeszczepowców
- komórki nowotworu były poddane działaniu chemioterapii a więc nie są już tym samym nowotworem, który może świetnie odpowiedzieć na to leczenie
- w końcu najważniejsze, jaką mamy pewność, że jednak jest tam jakieś żywe utkanie?
Podobne z resztą argumenty można wystosować wobec RPLND dlatego najwłaściwszą formą postępowania w przypadku Twojego męża jest PET-CT, które to badanie rozstrzygnie, czy mąż potrzebuje dalszego leczenia (RPLND) czy przechodzimy na obserwację.
Mam nadzieję, że wyjaśniłem przynajmniej większość wątpliwości.
Pozdrawiam