Hej

nie, nie spłoszyliście mnie

nie dam się spłoszyć

Bardzo dziękuję wszystkim za odpowiedzi, szczególnie Tobie Trollu-ze wspomnianą nerką musiał być problem, ponieważ przed operacją powiedziano nam, że być może trzeba będzie ją usunąć. Na szczęście ocalała. W ogóle zdaję sobie sprawę z tego, że przerzuty u mojego męża były OGROMNE, bo prawie 15 cm (!!!) i na pewno nie jest łatwo je usunąć, bo pewnie to paskudztwo "wlazło" pomiędzy inne narządy.
Chcę podkreślić, że bardzo dużo zawdzięczamy lekarzom z COI, zarówno onkologom jak i chirurgom, nie mam absolutnie do nikogo pretensji, co najwyżej do siebie o to, że przed operacją nie drążyłam tematu na tyle, aby dotrzeć do informacji, gdzie się udać na RPLND.
Konsultowaliśmy się z dr Rogowskim, obiecał nas przygarnąć i zrobić raz jeszcze RPLND. Wg dr Rogowskiego to co pozostało trzeba bezwzględnie usunąć (jeśli jest taka techniczna możliwość). Mówił, że jeśli to co zostało jest potworniakiem (tak jak wycięte węzły) to będzie się rozrastać i to tylko kwestia czasu, bo może to być za miesiąc, a może za 5 lat... w każdym razie trzeba operować. Powiedział, że nie musimy się bardzo spieszyć z operacją, ale trzeba ją zrobić. Mąż oczywiście to podchwycił i wymyślił, że na razie nie podda się operacji. Ja go namawiam, ale sama nie wiem czy dobrze robię. Co prawda nie raz czytałam o tym, że trzeba usuwać WSZYSTKIE zmiany przetrwałe, ale wiem jak ciężko przechodził tą operację i może faktycznie niech sobie jeszcze odpocznie od tego wszystkiego...
Za miesiąc tomograf-zobaczymy jak wygląda ta zmiana.
Trollu mam pytanie:
czy z takiego powiedzmy "dobitego przez chemię" potworniaka może w przyszłości wykiełkować jakaś bardziej zjadliwa forma np carcinoma embrionale?
Z tego co czytałam to potworniak nie produkuje markerów,więc jedynym sposobem śledzenia jego aktywności jest tomografia?
Czy takie właśnie niedobitki bardzo zwiększają ryzyko nawrotu?..
Pozdrawiam wszystkich
