Na forum trafiłem przez przypadek (ktoś odnalazł moje gg na jakiejś grupie onkologicznej w której się kiedyś udzielałem i podał mi to forum)
Generalnie nie chce nikogo wystraszyć - tylko tak naszła mnie wena na napisanie mojej historii (którą zamieściłem na pewnej grupie dyskusyjnej - ale już jej nie widziałem) jak to było w 2006 r - proces leczenia i przypadkowe dowiedzenie się o nowotworze - może komuś zdarzą się podobne objawy - i nie pójdzie do "superspecjalistów" tylko do konkretnych lekarzy. Może moja historia przyśpieszy kogoś wahania do pójścia do lekarza.
Na wstępie - mam aktualnie 33 lata - moja historia wydarzyła się w 2006 roku a jak to było .. :
1) Początki - jak to się zaczęło. Pewnego piątkowego (2006 r) wieczora kąpiąc się wyczułem dziwny kształt prawego jądra - było dosłownie kwadratowe ale nie bolące - w ręce czułem jakbym obracał kwadratowy klocek. Hmm pomyślałem że będę obserwował - a w poniedziałek polecę do lekarza pierwszego kontaktu bo coś nie tak. Zbudziłem się w sobotę rano i wstając .. upadłem ból był tak potworny że nie mogłem się podnieść - bolało mnie straszliwie prawe jądro, okolice otrzewnej i brzuch, ból był tak intensywny że nie mogłem się praktycznie ruszyć - i w takim oto stanie na apapach i innych środkach bezskutecznie działających przemęczyłem się cały weekend. W poniedziałek (to już były te czasy gdzie trzeba było lecieć do lekarza pierwszego kontaktu po skierowanie dalej) poszedłem - w zasadzie pokustykałem do lekarza pierwszego kontaktu. Lekarz pomacał popatrzał - stwierdził "zajebiste" zapalanie jądra i najądrza - dostałem silne środki przeciwbólowe (w czopkach) oraz maść do smarowania - objawy minęły po 3 dniach - przy kontroli lekarz stwierdził jak nie boli to ok - a co do kształtu - e minie bo to przecież po zapaleniu. No co niestety się nie wydarzyło.
2) Około miesiąc później - jądro nie zmieniało kształtu, nie bolało - pojechałem do rodziny na święta. Szczęście w nieszczęściu - miałem drugi atak u rodziny i pojechaliśmy na ostry dyżur na pogotowie, a czemu szczęście ? bo akurat przyjmował urolog. Pomacał - wiłem się z bólu przeokropnie i stwierdził że jak ja się z tym kształtem miesiąc czekam to żebym jak najszybciej grzał do szpitala na oddział urologiczny bo mu to wygląda tragicznie i muszą zobaczyć specjaliści. Wracając do domu zgłosiłem się do innego lekarza z tym że chce żeby mnie wysłano do szpitala - bo mam obawy co do mojego „spuchniętego” jądra.
Szpital. Po przyjęciu do szpitala w zasadzie po 15 minutach lekarz który mnie przyjmował powiedział że to mu wygląda na nowotwór. No i się zaczęło - praktycznie jakbym dostał obuchem w łeb. Diagnoza - podejrzenie nowotworu jądra i najądrza - próba wyleczenia antybiotykami przez 3 dni jak nic nie da - dalsze kroki. I tak się stało 3 dni antybiotyków - zero zejścia opuchlizny - rano pobrali krew i wysłali na usg. Przy usg dostał mi się opierdziel „czemu tak późno pan się zgłosił” - no sorry leczyli mnie na zapalenie jądra. Z tego co pamiętał to na usg mi powiedział wtedy lekarz że jądro jest całe czarne. Popołudniu przyszedł do mnie lekarz i powiedział że mam nowotwór przypuszczalnie złośliwy - bHCG jakoś 300 krotnie przekroczone (jak komuś będzie potrzebne do porównania mogę odkopać wszystkie wartości) - musi być amputacja zarażanego jądra i pilne zgłoszenie się po histopatologii do ośrodka onkologicznego na dalsze badanie.
Powrót do domu - oczekiwania na wyrok. Po powrocie do domu - generalnie załamka, ja sportowiec (boks - siłownia) czułem się praktycznie .. niezniszczalny - w jednej chwili świat mi się zawalił wszystkie moje przekonania prysły w jednym momencie jak bańka mydlana. Ok telefon do szpitala wyniki są proszę przyjechać najszybciej jak się da z rana - no świetnie - pewnie jest „nieźle” że chcą mnie pilnie. Lekarz jak mnie zobaczył w szpitalu to od razu zapraszam zapraszam. Z kamienną twarzą powiedział że jest Pan poważnie chory jest nowotwór złośliwy (kilka nowotworów rozwiniętych w jądrze) - potrzebna wizyta w ośrodku - nawet jeszcze dzisiaj - ponieważ mogą być przerzuty. No to wybrałem się do ośrodka onkologicznego. Pani przy rejestracji pokazałem wszystkie dokumenty - pokazałem dokumenty i sama Pani przy rejestracji stwierdziła że z takim przypadkiem to do ordynator - a będę przyjęty za 2h. Po 2h zostałem przyjęty przez Panią ordynator oddziału chemioterapii. Popatrzyła pokiwała głowa - czy zdaję sobie Pan jak bardzo jest chory ? mówię nie - no to jest Pan i będzie musiała być poważna chemia - i oby się na chemii skończyło. Czy wyraża Pan zgodę na chemie i resztę badań ? tak oczywiście - podpisałem masę papierów i jeszcze w ten sam dzień trafiłem na tomograf i z informacją że mam się zjawić po wynik za 3 dni i dalszy scenariusz leczenia. Po 3 dniach zjawiłem się na wizycie u swojej już onkolog i werdykt - 15 przerzutów głównie zaotrzewna organy nie zaatakowane. Mam dzwonić w piątek kiedy mnie kładą na 1 cykl chemioterapii.
jak się wtedy czułem? Głównie dobrze miałem dziwnie spuchnięty brzuch - bolały mnie jakby mięśnie (przed historią trenowałem na siłowni i czułem inny ból niż zmęczenie mięśnia.
Pierwszy pobyt w ośrodku - pierwszy cykl chemioterapii. Na wstępie chciałem od razu powiedzieć że nie ma już tego ośrodka w którym leżałem - jest obok niego wybudowany nowy - dużo ładniejszy i już nie taki przygnębiający.
Jak wygląda cały proces chemii ? wstaję się rano dostaję się cykl kroplówek, chemie - następny cykl kroplówek oczyszczających - i się czeka na następny dzień. Pierwszy cykl przetrwałem jakoś w miarę spokojnie - 6 dni było ok jadłem spałem - 7dmego dnia lekko chciało mi się zwracać. Po pierwszym pobycie było naprawdę ok - jadłem spałem, nic mi nie było - ale zaczęły mi wypadać już włosy - i tutaj zaczęło się lekkie podłamanie - zaczęło trafiać do mnie dobitnie że jestem pod opieką ośrodka onkologicznego. Znajomi którzy mnie widzieli - pytali czy to prawda że mam nowotwór - tak jestem po pierwszym cyklu - ale przecież włosy masz .. jeszcze mam ale mi wypadają - garściami. Oczekując na kolejny cykl chemioterapii zaobserwowałem zmiany i skutki uboczne w swoim organizmie - zacząłem być blady, zaczęły mi wypadać włosy z każdego zakamarka ciała - generalnie to jest najbardziej przygnębiające - gubienie opierzenia. A no i golić się nie musiałem przez 3 miesiące
Drugi pobyt w ośrodku - drugi cykl chemioterapii. Do tego cyklu przyjechałem już obcięty na 1mm - polecam włosy lecą garściami. Pierwsze badania, krew, tomograf - werdykt - bilubiryna podskoczyła dość niebezpiecznie, krew w tragicznym stanie - potrzebna transfuzja minimum 1l (jak dobrze pamiętam). Minęło 2 dnia zanim mnie „podreperowano” i mogłem przyjąć cykl. Cykl przyjąłem ale już po 3cim dniu nie jadłem, w zasadzie przyjmowałem tylko czekoladę i jogurty - nic innego nie mogłem w siebie wmusić bo od razu żygać mi sie chciało. Przy obchodzie lekarski pani doktor prowadząca powiedziała ze jest dobrze - bardzo dobrze markery spadają ładnie , zmniejsza sie ilośc przerzutów a te największe sie kurczą. I po drugim pobycie wróciłem do domu. Ale niestety po 3 dniach sie ostro przeziębiłem - łysy blady w kolejce do lekarza - az mnie ludzie przepuścili w kolejce. Wynik zapalenie krtani - antybiotyki i cos na zbicie gorączki. Po tygodniu choroba minęła - ale wyglądałem juz jak statysta filmów grozy - blady łysy i wychudzony ( schudłem po chemo 40 kg) - ludzie którzy mnie odwiedzali praktycznie krzyżyk na mnie stawiali wyglądałem tak źle. Lekko podreperowany antybiotykami udałem sie na 3 ci cykl.
3 ci pobyt - ostatni na chemioterapii. Standardowa procedura - badania, krew tomograf. Bilubiryna najniższa możliwa do przyjęcia chemo , krew zniszczona ale tez jeszcze zdatna do przyjęcia. Pobyt praktycznie tak samo po 2 gim dniu nic nie przyjmowałem poza czekolada i jogurtami ogólnie samopoczucie tragediamdoszly jeszcze problemy ze snem w szpitalu ( który wtedy de facto wyglądał jak umieralnia) . Po 3cim cyklu kazano mi sie stawić za 2 tyg celem sprawdzenia wyników i co robimy dalej. Po 2 tyg okazało sie ze markery sa na ... Zero , z 15 przerzutów został 1 (rozmiarów nie pamietam) i trzeba ciąć - wizyta u ordynatora chirurgii onkologicznej za 3 dni. Ordynator okazał sie życiowym człowiekiem - stwierdził ze on operacji nie chce ze względu na to ze przerzut nie jest za duży - a skutki operacj i sa zazwyczaj opłakane - nie ma co ryzykować obserwujemy - przez 4 lata jak cos podskoczy czy marker jakos niebiezpiecznie czy przerzut sie powiększy - od razu bez gadania na stół.
Generalnie na tym historie moge zakończyć , do dnia dzisiejszego jestem kontrolowany przez ośrodek raz w roku - usg , markery i do dzisiaj jest ok. Ale co swoje przeżyłem to mozna wyczytać w tej historii. Ludzie jak widzicie cos niepokojącego udajecie sie od razu do lekarza - nie ma co sie wstydzić - to jest wasze życie.
Co mi dała choroba ? Na pewno na początku poryła psyche - pierwsze kontrole co 3 miechy i strach po wynikach co bedzie bo mnie troche boli brzuch. Na pewno choroba tez mi dała poczucie ze nikt nie jest niezniszczalny - ja sportowiec, diety itp - rak.
Co mi zabrała choroba ? Marzenia ( nie moge przez wadę wzroku pracować tam gdzie chciałem od najmłodszych lat - wada niestety po chemo). Spokoj ego starania sie o potomstwo - niestety mam azospermie po cyklach cisplastyny - nie do naprawienia - werdykt in vitro ( jestem ze swoją partnerka w trakcie )
Oto moja historia. Jeżeli kogos zainteresowała i cos chce dopytać - lub mam coś uzupełnić śmiało zapraszam pisać tutaj lub na gg 1711622 - jeżeli jestem chętnie odpowiem.

