kaja i michal napisał(a):U nas podobnie choroba męża zaczęła się 5 mies przed ślubem, potem chyba na ten czas byl spokój, a 2mies po ślubie przerzut na wezly i chemia...myślę, że obecność nas- kobiet jest Wam bardzo potrzebna, a w tej chorobie jeszcze bardziej.
Dzięki za miłe słowa, jak wygląda teraz wasza sytuacja?
Arrius napisał(a):Może nie do końca na temat...ale piszecie o bielactwie. Ja z tym łaciatym problemem również borykam się od kilku lat i tu nagle rak jądra. Czy to może być powiązane?
Gdzieś wyczytałem, że rak jądra może powodować zmiany skórne na mosznie w postaci przebarwień ale po pierwsze nie jestem w stanie podać źródła a po drugie te zmiany raczej nie są tym samym czym bielactwo (mówię raczej bo podobno przyczyna bielactwa nie jest wyjaśniona). Ja mam zmiany z bielactwa również w innych rejonach. Dermatolog powiedziała żebym sie tym nie przejmował a przede wszystkim nie wydawał pieniędzy na magiczne maści. Trzeba się pozytywnie nastawić, z tego co czytałem w szczęśliwych przypadkach zmiany te mogą samoistnie zanikać.
Wracając do tematu:
1. Dotychczas nie spotkałem tak świetnego lekarza jak dr Sarosiek. Poświęcił dużo prywatnego czasu, żeby mi pomóc. Załatwił badania, wszystko świetnie wyjaśnił. Przede wszystkim mogłem z nim normalnie porozmawiać.
2. Lekarz patomorfolog ten od niekompletnego wyniku zrobił uzupełnienie o informację braku angioinwazji. Ale w całym tym pośpiechu w poniedziałek nawet tego nie zauważyłem i pojechałem do Warszawy. Mimo tego uzupełnienia, postanowiliśmy na wszelki wypadek zbadać jeszcze raz materiał.
3. Dzisiaj miałem nieprzyjemność wizyty kontrolnej w Instytucie Onkologii w Gliwicach. Opiszę to spotkanie bo może ktoś to kiedyś zauważy i da mu do myślenia. W dniu dzisiejszym miałem im dać odpowiedź czy decyduję się na chemię czy obserwację. Doktor która mnie przyjmowała była 3-cim nowym doktorem, który "prowadzi" mój przypadek. Zdecydowałem się na aktywną obserwację, jednocześnie wspomniałem o tym, że wynik mojego histo był niepełny i że na wszelki wypadek wysłałem materiał do ponownych badań.
Dr Anna Kotas stwierdziła, że jak nie było napisane to znaczy, że było OK. Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z jej zdaniem (kulturalnie, bo z dużym prawdopodobieństwem pewnie będzie OK).
Pani Kotas następnie wyciągnęła książkę i zaczęła szukać zaleceń dla mojego przypadku, po kilku chwilach zaczęła dyktować sekretarce, że za 6 miesięcy wyznacza mi termin badań... Szczerze nie dałem jej skonczyć może chciała coś odpowiedniego mi zalecić, (musicie wiedzieć, że tam wizyty trwają kilka minut i dotychczasowi doktorzy nie zważali na moją obecność). Tym razem nie chciałem dać się odesłać po minucie z kwitkiem i poprosiłem ją czy może ze mną porozmawiać o terminach tych badań i wyciągnąłem jej kartkę z nowymi wytycznymi NCCN. Dr parsknęła na ten widok i skomentowała, że oni mają swoje wytyczne. Powiedziałem jej, że konsultowałem się również z innym onkologiem i że w pierwszym roku chciałbym mieć wykonywane badania obrazowe częściej (w tym momencie przegrałem). Dr Anna Kotas powiedziała, że po co przychodzę, że może tam gdzie się tak konsultuję powinienem się leczyć! Próbowałem załagodzić sprawę i mówiłem, że się po prostu boję o siebie, że pierwsze badania obrazowe chciałbym mieć po 3-4 miesiącach najpóźniej i że wiem z jakimi konsekwencjami wiąże się TK. Dr powiedziała, że to markery mi wykażą czy coś się dzieje i później pomyślimy (nawet nie zwróciła uwagi na to, że moje markery były w normie przed i po wycięciu - zwróciłem jej na to uwagę - powiedziała, że przy nienasieniaku zmienią się jakby były przerzuty).
Koniec końców markery mam za 2 miesiące natomiast za 4 miesiące TK klatki, brzucha i miednicy. Pytałem dlaczego TK klatki a nie RTG klatki, powiedziała, że TK jest dokładniejsze a ja już nie chciałem dyskutować bo sam do końca nie wiedziałem co lepsze (Dr Sarosiek mówił mi o RTG klatki).
Dla wielu opisana sytuacja to pewnie nic nadzwyczajnego. Ja jednak byłem w szoku, zwłaszcza po wizycie u dr Sarosiaka. Może mój przypadek nie jest dla nich interesujący (DLA MNIE JEST!). Mam nadzieję, że nie wszyscy onkolodzy tam pracujący są tacy jak Ci których ja poznałem. Człowiek czuje, że jest nikim, wykazanie jakiejkolwiek wiedzy na temat swojej choroby lub wspomnienie o konsultacjach w innym miejscu nie prowokuje rozmowy tylko wzbudza w nich gniew. Dobrze, że ja jestem w stosunkowo dobrej sytuacji (IA), bo jeżeli podobnie traktują poważniejszych pacjentów to współczuję. Smutne ale najprawdziwsza prawda dlatego pozwoliłem sobie przytoczyć nazwisko pani doktor z dzisiejszej historii aby inni mogli ją omijać szerokim łukiem.
A teraz podpowiedzcie jak to jest z tymi badaniami TK klatki czy RTG?