przez smaug » 15 Lut 2019, 14:33
Hej Justyna,
Czytam Twój wątek i przypominają mi się emocje sprzed 6 lat. Mój mąż guza wymacal dwa tygodnie po ślubie. Po kolejnych dwóch powiedział mi i pokazał jak to wygląda. Od razu poczułam,że to coś złego. Jesteśmy z okolic Poznania,więc od razu prywatna wizyta i usg tego samego dnia. Diagnoza pewna, operacja w trybie pilnym itd. Niestety nie znaliśmy tego forum od razu. Mąż nie chciał czytać, dowiadywać się. Trafiliśmy na Garbary w Poznaniu i tam nie wiedzieli co z nami zrobić. Kazali wrócić po pół roku. Ja jednak drazylam temat. W końcu Maciej sam tu trafił, napisał i dowiedzieliśmy się,że nie mamy wszystkich wyników i trzeba działać. Trafiliśmy do naszego Słonia. Miesiąc po operacji byłam w pierwszej ciąży. Powtorna histopatologia wykazała inwazję naczyń krwionośnych,ale na chemię było już późno. Minęło 12 tygodni od operacji. Wyniki wstępnie ok i intensywna obserwacja. We Wrocławiu, Świdnicy, potem w Krotoszynie byliśmy czasem co 2 m-ce. Tomografie co 3 m-ce a nawet częściej,bywało że po miesiącu,bo co chwilę coś się działo. A to plecy bolały, a to drugie jadro, a to afty,częste infekcje, a to jakieś węzły wyszły do obserwacji. Mieliśmy cudownego lekarza, który nakazał nam żyć normalnie. Mieliśmy 50 procent ryzyka wznowy,bo guz byl spory i komorki nowotworowe wydostaly sie dalej do organizmu, ale wyniki były ok,więc ciągła kontrola. Mieliśmy nie dac się zwariować i nie dostać pierdolca. Takie mieliśmy zalecenie od Doktora, przy jednoczesnym skoncentrowaniu się na intensywnej obserwacji. Powiem Ci, ze było to bardzo trudne,ale dało się. Z czasem było łatwiej. Brak tej chemii spowodował,ze wszystko musieliśmy interpretować w pierwszej kolejności jako potencjalną wznowe. Do czego zmierzam. To forum dużo daje wiedzy, ingormacji, ale wiem po sobie,że czasem trzeba zadbać też o siebie. W sensie,że wspierający chorych, dobrze,by zadbali o siebie. Ja radzilam sobie " swietnie". Wszystko dopinalam, załatwiłam. Mąż miał tylko w terminie stawiać na badaniach. Urodziłam dwójkę dzieci. Syna 10 m-cy po operacji męża. I puścilo. W 4 roku obserwacji, gdy wyniki zaczęły być stabilne, nie pojawiało się nic niepokojącego, ze mną zaczęło się coś dziać. Siadlo mi strasznie. Poszukalam wówczas wsparcia dla siebie. Dowiedzialam się też,że ten kumulowany lek gdzieś musi znaleźć ujście,bo inaczej odbije się to na zdrowiu,psychice itd. Polecam Tobie CPI w Poznaniu. Tam są terapeuci pracujący też z osobami wspierającymi chorych onkologicznie. Trzy spotkania i dostałam takie narzędzia do opanowywania lęku ogólnie. W kontekście męża,czy dzieci. Im szybciej tym będzie Ci łatwiej. W razie czego pisz do mnie. Chętnie pomogę. Jestem z okolic Poznania, więc kawa w miłej kawiarni też wchodzi w grę. Pozdrawiam serdecznie, trzymajcie sie! Asia